Jak dajemy się nabić w butelkę z przebiegiem samochodu.

(Photo: dodge challenger1)
(Photo: dodge challenger1)

O cofaniu liczników mówi się już dosłownie wszędzie. Niesamowite jest to, że temat nadal się nie wyczerpuje. I choć próbuje się wprowadzić swego rodzaju utrudnienia dla sprzedających w tej kwestii, jak na przykład dokumentowanie przebiegu pojazdu przy każdym przeglądzie technicznym, nadal na naszym rynku jest za dużo pojazdów z przebiegiem mniejszym niż rzeczywisty. Temat badałem już z wielu stron, sam spotykałem się z samochodami z cofniętym licznikiem, rozmawiałem z handlarzami na ten temat, dzisiaj chciałbym obiektywnie spojrzeć na ten temat.

Jeżeli ktoś przekręci licznik pojazdu dokonuje przestępstwa. Jest to oczywiście wprowadzanie w błąd klienta. Kwestia wydaje się prosta i przejrzysta w teorii, mamy dowód, że samochód miał mniejszy przebieg na papierze, więc handlarz powinien wpaść w tarapaty. Niestety w świetle prawa nie można komuś postawić zarzutu, bez udowodnienia mu zabronionego czynu. Tutaj zaczynają się schody, bo jak złapać kogoś za rękę po fakcie dokonanym. Tłumaczenia handlarzy są zazwyczaj takie same – tak jak stoi, tak go kupiłem, nic nie grzebałem.

Cofa się liczniki w samochodach sprowadzanych, krajowych, ale te pierwsze są głównym obiektem tego haniebnego czynu. Przy granicy Polski i Niemiec mamy legalnie działające punkty korekcji liczników. Zrobiono sobie z tego dochodowy interes i nikt nie reaguje. Rozmawiałem z czterema ludźmi, którzy sprowadzają samochody z Niemiec i wszyscy byli zgodni. 80-90% samochodów sprowadzanych ma cofnięte liczniki. Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Każdy chce sprzedać samochód za dobrą cenę i w miarę szybko.

Historia Pana Mariusza, jakich mało.

Niestety teraz musimy spojrzeć na wątek od drugiej strony – przedsiębiorcy. Jeżeli w naszym kraju utarła się bariera psychologiczna przebiegu pojazdu na poziomie 200 tysięcy kilometrów, to trzeba sobie zadać proste pytanie – czy sam kręciłbyś liczniki, czy będziesz czekał parę miesięcy aż auto się sprzeda? Realia są straszne, udało mi się poznać człowieka, który zaczął sprowadzać samochody dla znajomych. Gdy zaczął zarabiać więcej, niż w dotychczasowej pracy uznał, że w pełnym wymiarze zajmie się sprowadzaniem pojazdów. Przygotował podjazd, mały garaż na drobne naprawy i zaczął jeździć. Samochody traktował w ten sam sposób, co te dla znajomych. Pan Mariusz z Orzesza (pozwolił na użycie swojego imienia) sprowadził łącznie 12 samochodów. Wybrał bardzo chodliwe na rynku modele – Volkswagen Passat, Skoda Octavia, BMW serii 3, Opel Vectra. Wiele przy nich nie grzebał, bo nie był z wykształcenia mechanikiem, wyczyścił, pozbył się drobnych mankamentów typu popsute wycieraczki, wymiana plastikowych elementów. Sam powiedział, że do głowy mu nie przyszło grzebać przy licznikach.

Pojazdy, jak to z Niemiec, z wysokoprężnymi jednostkami pod maską miały przebiegi rzędu 200-300 tysięcy kilometrów, czyli normalne jak na 10 letni pojazd. Normalne za naszą zachodnią granicą, nie do przyjęcia u nas. W Niemczech, gdzie autostrady przecinają kraj wzdłuż i wszerz 20-30 tysięcy rocznie to norma. Pan Mariusz tygodniami spotykał się z ofertami, które były znacznie poniżej oczekiwań (nie zwracały mu się nawet koszty sprowadzenia pojazdu). Oczywiście do klientów nie przemawiał argument udokumentowanej niemieckimi stemplami historii napraw, brak korozji, czy zadbane wnętrze. Chodziło tylko i wyłącznie o cyferki na desce rozdzielczej. W ciągu 3 miesięcy działalności Pan Mariusz sprzedał 1 samochód, jak się domyślacie ten jeden samochód miał najmniejszy przebieg ze wszystkich na placu. Niechętnie bohater historii przyznał się, że po długich negocjacjach sprzedał pojazd z zarobkiem na poziomie 400 złotych. Irytacja sięgnęła zenitu, gdy jego szwagier zmałpował pomysł i zaczął robić to samo, ale zahaczając o korektę licznika, tuż po przekroczeniu granicy. Jak się domyślacie, jemu się kręciło, a Panu Mariuszowi nie. Jednak nasz bohater nie poszedł w ten trend, zwinął interes i wrócił do starej pracy.

(Photo: jason gessner)
(Photo: jason gessner)

Ale sporo sprzedawców, z którymi się rozmawia na ten temat nie owija w bawełnę – musisz kręcić, bo inaczej nic nie sprzedasz. Bądźmy realistami – jeżeli celujesz w diesla i oczekujesz przebiegu 150 tysięcy kilometrów w kilkunastu, albo nawet kilkuletnim aucie to temat jest Ci zupełnie obcy. Nikt nie kupuje w salonie samochodu z silnikiem wysokoprężnym, aby pokonywać nim śmieszne na zachodzie 10 tysięcy kilometrów rocznie. Do tego służą pojazdy typu Opel Corsa, Fiat Punto, Toyota Aygo, a nie Volkswagen Passat 1.9 Tdi itp.

Edukacja jaką przeprowadzają w tej kwestii magazyny motoryzacyjne, programy telewizyjne poszła mocno do przodu i wielu na własną rękę szuka informacji na temat pojazdu, którym są zainteresowani. Jak już wiecie do tego celu powołany został również Autoraport, aby zweryfikować autentyczność informacji, jakie przedstawia nam sprzedający. Problem w mentalności polskiego kierowcy, który raz na 5 lat szuka dla siebie czterech kółek pozostaje nadal, nawet w moim otoczeniu znajomych, rodziny na nic zdadzą się moje argumenty co do przebiegu. Auto najlepiej, aby miało mniej niż 100 tysięcy, full opcję wewnątrz i dobry rocznik. Lecz nie bądźmy naiwni, bo handlarz musi zarobić, więc nie ma okazji na rynku samochodów używanych.

Wracając na chwilę do Pana Mariusza dodam jeszcze, że pojawiali się u niego inni handlarze, oferowali mu pewną sumę otwarcie przyznając, że przekręcą licznik i samochód u nich pójdzie w tydzień. Bezczelność? Przykro mówić, ale niestety smutna rzeczywistość. W Niemczech przewidziano wysokie kary za przekręcenia licznika i myślę, że należałoby to natychmiast wprowadzić u nas. I tłumaczenia typu – nie wiedziałem, nie ja to zrobiłem powinny być nie do przyjęcia. Sprzedający musi ponosić pełną odpowiedzialność za towar, który nam oferuje. Jeśli nie sprawdziłeś historii i ktoś sprzedał Ci auto z przekręconym licznikiem to twój pech, a raczej głupota. Obowiązkiem było zweryfikować historię pojazdu przed zakupem i gdyby taki handlarz raz, drugi, trzeci dostałby karę 5-10 tysięcy złotych to szybko weszłoby mu w nawyk sprawdzanie tego parametru. Jestem pewien, że wywołałoby to niezłą burze na rynku, gdyby nagle 70% oferowanych, kilkunastoletnich pojazdów miała przebiegi rzędu 200 tysięcy kilometrów. Czy przestalibyśmy kupować samochody z tego tytułu? Oczywiście, że nie! Albo do naszego kraju zaczęłoby przybywać mniej pojazdów z takim przebiegiem (co równa się oczywiście z wzrostem cen), albo bariera psychologiczna przeskoczyłaby z 200 tysięcy kilometrów, na znacznie wyższy pułap.

Apeluję do wszystkich, którzy spotkali się kiedykolwiek z tym tematem – przekazujcie tego typu artykuły dalej, bo zapewne długo przyjdzie nam czekać na uregulowanie tej kwestii konkretną ustawą. Sprawdzajcie historię samochodu przed zakupem i nie dajcie się nabijać w butelkę. Piętnujcie to zjawisko, mówcie handlarzom w oczy, że są oszustami, rozsyłajcie po znajomych, nawet internecie informację o tym, który komis oferuje pojazdy z cofniętym licznikiem. Tylko w ten sposób będziemy mogli oczyścić nasz rynek i jeśli to dla Was ważne, cieszyć się autentycznością cyferek na desce rozdzielczej. Życzę Wam dobrych wyborów w tej kwestii i proszę Was ześlijcie rubrykę – przebieg pojazdu na dalszy plan.

Jeśli uważasz ten artykuł za pomocny, podziel się nim na facebooku (kliknij „share” po lewej stronie).

 

2 przemyślenia nt. „Jak dajemy się nabić w butelkę z przebiegiem samochodu.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *