Moda na downsizng

Od kilku lat koncerny motoryzacyjne zaczęły się prześcigać w dziedzinie ekonomii. Pomysłów było multum, ale stanęło na tak zwanym downsizingu, cóż to takiego? Dosłownie tłumacząc jest to zmniejszenie rozmiaru, tak również jest w rzeczywistości. Zmniejszenie pojemności silnika stało się dla koncernów motoryzacyjnych metodą na obniżenie spalania, a tym samym przyciągnięcia do siebie większej ilości klientów.

Mały silnik kluczem do sukcesu?

I tak oto, gdy w klasie pojazdu regułą były silniki o pojemności 1400 cm3 czy 1600 cm3 nagle mamy silniki 1000 cm3 i 1200 cm3. Samochód ma mniejszy silnik, ale nie ma przez to mniej mocy bo jest wzbogacony o turbinę. Silnik radzi sobie bez przeszkód z gabarytami dużego samochodu, a przy tym ma potencjał na samochód ekonomiczny. Wszystko wygląda pięknie do momentu, gdy samochód musi się zmagać z upływem czasu i kilometrów. Bo zabieg downsizingu wiąże się ze skróceniem żywotności silnika i to znacznym. Popatrzmy na takie wynalazki motoryzacyjne, jak stare Volvo 240, Mercedes 190, moc uzyskiwana z silników, które mają ponad 2000 cm3 jest na dzisiejsze czasy po prostu śmieszna. A z drugiej strony te samochody mają po 25 lat, na liczniku kilkaset tysięcy kilometrów i dalej jeżdżą! O czymś takim mogą pomarzyć dzisiejsze auta, które wyjeżdżają z fabryk. Koszty napraw rosną, a awaria silnika wiąże się coraz częściej z nieopłacalną naprawą, przez co auta będą lądowały na złomowiskach znacznie częściej niż kilkanaście lat temu.

Ekonomia ponad wszystko

Oszczędność na paliwie to jedno, ale czy w przypadku awarii samochodu nie zapłacimy przypadkiem więcej u mechanika? Oczywiście, bo downsizing niesie za sobą technologię, sprytną, ale kosztowną, więc nie liczmy, że ogromne sumy, zaoszczędzone na stacjach benzynowych zostaną nam w kieszeni. W dodatku jeśli chodzi o ekonomię to wcale nie jest tak cudownie i różowo. Jeśli jeździmy bardzo rozważnie, zmieniamy biegi jak należy, przy 2000 obrotów maksymalnie, rozważnie naciskamy pedał gazu i staramy się trzymać stałą prędkość wszystko jest piękne! Spalanie poniżej 5 litrów na 100 kilometrów, bak starcza nam na dłużej. Ale co z radością z jazdy? Przecież każdy z nas ma ochotę czasem przycisnąć, nacieszyć się samochodem, a nie skupiać swojej uwagi na wskazaniach spalania komputera prawda? W takiej sytuacji doładowany silnik wydaje się idealną zabawką, ale to tylko na papierze.

Wiele z tych aut ma tak zwaną turbodziurę, która sprawia, że auto nie chcę przyspieszać, gdy naciskamy pedał gazu, reaguje z dużym opóźnieniem. Uwierzcie mi to po prostu koszmar, ja tak właśnie widzę piekło. A gdy tylko przyciśniesz swój samochód z malutkim, doładowanym silniczkiem i przez przypadek zdarzy Ci się spojrzeć na komputer i spalanie, to mam nadzieję że wziąłeś jakieś leki nasercowe. Spalanie wzrasta dramatycznie, przykład? Seat Ibiza 1.0 – średnie spalanie przy jeździe, którą opisywałem najpierw, w cyklu miejskim 4,7 litra na 100 km. A gdy zachciało mi się wjechać na drogę dwupasmową, dać upust swojemu męskiemu ja, to nagle mamy średnie spalanie 9,6 litra na 100 km, w samochodzie wielkości myszy, bez żadnego obciążenia. To jest właśnie problem z tym downsizingiem, jest to niewyważona technologia i daje efekt tylko w jednym, skrajnym przypadku, gdy jedziemy jak inżynierowie koncernu motoryzacyjnego, którzy ten samochód zaprojektowali. Wtedy to wszystko ma sens, wtedy spalamy niewielkie ilości paliwa, ale wtedy również nie czerpiemy radości z jazdy, a samochód staje się narzędziem, które w dodatku wymaga od nas równie wielkiego skupienia co proces tatuowania. Trzeba być bardzo dokładnym, ostrożnym i maksymalnie skupionym, jedno kichnięcie i dochodzi do tragedii, u tatuażysty leje się krew, a w samochodzie paliwo do silnika w nadmiernej ilości. Oczywiście są tacy, których to cieszy, ale nie nas zwyczajnych ludzi.

Downsizing nie zdał egzaminu?

Gdzieś zaczynają od tego odchodzić wszystkie koncerny, silniki przestają być aż tak mocno doładowane, nie żyłuje się mocy ponad wszystko, do łask wracają stare jednostki, a jeśli chodzi o ekonomię to pojawił się nowy pomysł, który miał swoje zalążki już kilka lat wstecz. Mowa tu o Toyocie Prius, czyli hybrydzie, połączenie silnika elektrycznego i spalinowego to dzisiaj sposób na oszczędną jazdę. Hybrydy są coraz tańsze, nie jak absurdalny Prius kilka lat temu, może i to jest metoda. Moda na downsizing przemija, z różnymi jego skutkami co by nie powiedzieć to był ciekawy eksperyment i naprawdę dał nam parę fajnych jednostek silnikowych, jak 1.4 Tsi z grupy Volkswagena, czy moim zdaniem bezkonkurencyjny 1.5 EcoBoost Forda. Na pewno jeszcze trochę będą na fali, ale za kilkanaście lat wszyscy o nich zapomnimy, bo przez skróconą żywotność znikną z ulic, na których nadal będziemy mijać stare Mercedesy 190 i kwadratowe Volva z początku lat 90 dwudziestego wieku.

Jeśli uważasz ten tekst za pomocny, niech Twoi znajomi też zobaczą jak się ustrzec przed oszustwem, podziel się tym wpisem na Fb.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *